W zeszły piątek miałem okazję po raz kolejny połączyć bardzo przyjemne z bardzo pożytecznym, mianowicie zabrałem aparat na koncert Marii Peszek. Dzięki uprzejmości odpowiednio postawionych reprezentantów CK Zamek, udało mi się uzyskać akredytację i pełne prawo do fotografowania. Z początku miały to być trzy minuty, które później zostały wydłużone do 3 utworów, które z kolei przeciągnęły się na cały koncert. Uprzejmi ochroniarze nie interweniowali, pani Maria nie krzyczała z ambony i fotografowie mieli dość przyjemne warunki do pracy.
Jedna rzecz nie daje mi jednakowoż spokoju - jaki mianowicie sens ma fotografowanie koncertu przez trzy utwory? Wiem, że poniekąd jest to światowy standard, że fotografów przepędza się bardzo szybko. Tylko jaki w tym cel? Podczas pierwszych numerów najczęściej niewiele się dzieje - artysta jest nie do końca wyluzowany, publiczność jeszcze nie tak całkiem w klimacie, nikt się nie poci, nikt nie męczy, słowem - nuda. Jedyne, co można więc zrobić w pierwszych trzech utworach to pokazać, że owszem - dnia 10 lipca Maria Peszek pojawiła się na scenie Dziedzińca Różanego i zaśpiewała. Piękna relacja. Szkoda, że brak w niej takich cymesów jak przekazywanie misia oszalałej fance, dyskusja artystki z niezbyt trzeźwym jej miłośnikiem czy choćby ostatnie, zmęczone nieco spojrzenia rzucane przez Marię Peszek na chwilę przed tym, jak opuściła scenę. Nikt nie wychodzi z koncertu po trzech utworach - to tak, jakby lekko napocząć przystawkę i odejść od stołu. Koncert nie jest koncertem, jeśli nie jest doświadczany w całości - i jest to prawda zarówno w odniesieniu do fanów, jak i fotografów (przynajmniej tych bardziej wkręconych w swoją pracę). Dzięki więc niebiosom za takich ochroniarzy, którzy potrafią czasem "zaniedbać" obowiązki, dając fotografom okazję do utrwalenia trochę bardziej "nieformalnych" elementów występu.
1 komentarz:
Jestem pod wrażeniem!!!!! Ogromnym. Zaczęłam przeglądać Wasze fotki "weselne", dotarłam aż tutaj. Szacuneczek. Koleżanka po fachu.
Prześlij komentarz